opowiadanie rejestracyjne
Opowiadanie to powstało na potrzeby rejestracji na serwerze Allseron. Początek i koniec (pogrubioną czcionką) były dane – ja musiałam wypocić resztę ;)
Mam nadzieję, że znajdzie się choć jedna osoba, która wytrwa do końca ;)
Mijała już trzecia godzina, odkąd w bezsensownym oczekiwaniu wodziła wzrokiem za miotającymi się wokół świecy ćmami. Raz po raz celnym pstryknięciem palców posyłała upatrzonego owada w płomień, przyglądając się następnie jego błyskawicznej śmierci. Miała już serdecznie dość. Niedługo miało świtać, a ona wciąż czekała na zapowiedzianego przed dwoma dniami posłańca. Miał zjawić się o północy w umówionej siedzibie, by przekazać jej wskazówki do dalszych poszukiwań… Właśnie układała palce do strzału w kolejną ćmę, gdy usłyszała rżenie konia i tętent kopyt. Zerwała się i wybiegła przed budynek, by po chwili ujrzeć przerażone zwierzę, pędzące na nią wlokąc uwieszonego z boku, martwego posłańca.
Bez zastanowienia wyszeptała pierwsze zaklęcie, które przyszło jej do głowy, żeby zatrzymać przerażonego konia. Zwierzę w ułamku sekundy zamieniło się w mosiężny posąg.
„Dobrze, że Mistrz tego nie widzi.” – pomyślała i podbiegła do posłańca. W ręku kurczowo trzymał jakiś zwój. Wyrwała mu go, na wszelki wypadek przeszukała jeszcze wszystkie kieszenie jeźdźca, a potem, w przebłysku geniuszu (tudzież żeby zatuszować jakoś jego brak), posłańca również przemieniła w posąg (później ludność przez wieki opowiadała historie o tajemniczym ofiarodawcy cudownego pomnika poległych, który umieszczono w centralnym punkcie miasta i co roku urządzano huczne obchody Dnia Anonimowego Darczyńcy, Który Docenił Poświęcenie I Odwagę Prostego Ludu I Ofiarował Cudowny Posąg. Tak… Nazwa nowego święta pozostawiała wiele do życzenia, ale miejscowy lud naprawdę był prosty).
Ale powróćmy do naszej bohaterki…
Wróciła do izby i, po dokładnym zaryglowaniu drzwi, zaczęła czytać list przywieziony przez posłańca, nie zwracając nawet uwagi na wosk kapiący ze świecy na pergamin…
„Mirando!
Obiecałem Ci, że prześlę informacje, które będą mogły pomóc Ci w dalszych poszukiwaniach, jednak wiedza, którą nabyłem w trakcie moich podróży – okazała się być wiedzą tak niebezpieczną, iż nie mam odwagi obciążać Cię tym.
Proszę Cię zatem, abyś zaprzestała poszukiwań. Tak będzie lepiej dla Ciebie.
Wiem, że serce podpowiada Ci inaczej, ale nie ryzykuj! To zbyt niebezpieczne. Wierzę jednak w Twój rozsądek i mam nadzieję, że posłuchasz starego przyjaciela.
Niech bogowie mają Cię w swojej opiece,
Aelandriel”
Poczuła niesamowity gniew na swojego Mistrza.
„Jak to? Przecież obiecał! Jak mógł mnie tak zawieść?” – z bezsilności miała ochotę złapać za swój Młotek i rozwalić wszystko wokół – „Zawsze powtarzał mi, że rozum to tylko drogowskaz, że trzeba kierować się sercem, że…” – coś ją tknęło. Niesprecyzowana jeszcze myśl zaczęła przebijać się do jej świadomości. Poczuła, że coś jej się nie zgadza.
„A może jednak napisałeś mi wszystko?…” – i nie zastanawiając się dłużej, zaczęła pakować do tobołka najpotrzebniejsze rzeczy – trochę chleba, bukłak z wodą, kilka sakiewek z różnymi ziołami i kilka magicznych mikstur. Przy wyjściu złapała swój Młotek i nie oglądając się za siebie wyszła w mrok.
Za progiem stanęła jak wryta. Monstrualny potwór stał i wpatrywał się w nią wielkimi ślepiami połyskującymi w blasku ulicznej latarni. Jego ramiona wyciągnięte były w jej kierunku i w każdej chwili mogły ją chwycić i rozszarpać na drobne kawałeczki, a zębiska swe szczerzył w przerażającym uśmiechu. Z boku zaś zwisał mu martwy posłaniec. Zaraz zaraz… Martwy mosiężny posłaniec?
„O Ty głupia krasnalico! Czas poprosić starego Baradriela o jakieś ziółka na pamięć.” – wzięła głęboki oddech i ruszyła przed siebie, w pośpiechu mijając mosiężnego potwora jej własnej produkcji.
Ruszyła krętą ścieżką przez miasto, podążając w kierunku zaciemnionego portu. Zarówno miasto jak i port znała jak własną kieszeń – w dzieciństwie sprawdziła tu każdy kąt, każdą dziurę i zakamarek, weszła na każde drzewo i zajrzała pod każdy kamień. A od tamtych czasów niewiele się zmieniło – tylko mieszkańcy jakby trochę się zrobili starsi.
Księżyc tej nocy świecił bardzo jasno – Miranda nie miała więc problemu z odnalezieniem i odwiązaniem starej łodzi, o której już wszyscy dawno zapomnieli. Odbiła od brzegu i powoli powiosłowała w stronę rysujących się na horyzoncie gór.
Świt zastał ją w połowie drogi, gdy krasnalka spała słodko przytulona do swojego wiernego Młotka. Pierwsze promienie słońca powitane zostały wymownym:
- Błagam, jeszcze pięć minut!
Słońce jednak nieubłaganie świeciło Mirandzie prosto w twarz i – chcąc nie chcąc – musiała wreszcie otworzyć oczy. Z przerażeniem stwierdziła, że to, co uznała za najdurniejszy sen na świecie, jednak jest rzeczywistością. Mało tego – jest to jej rzeczywistość i nie za bardzo ma prawo do zmiany opcji. Z ulgą wymacała pod nogami tobołek z prowiantem i postanowiła przemyśleć swoją sytuację przy kawałku pożywnego chleba, popijanego źródlaną wodą.
„Aelandrielu… Mam nadzieję, że znajdę Cię w Tajemnej Grocie i cała ta chora sytuacja się wyjaśni. Proszę, bądź tam…” – pomyślała, złapała za wiosła i podjęła przerwaną walkę z falami.
Do celu dopłynęła, gdy słońce było już wysoko nad jej głową. Niedaleko było widać wysokie wzniesienia, jednak ona zatrzymała się nieco wcześniej – przy małej skale wystającej z wody, która pozornie niczym nie odróżniała się od reszty jej podobnych. Szybko zebrała swoje rzeczy z łódki, wyszeptała kilka niezrozumiałych słów i skoczyła do wody.
Nurkowała coraz niżej – tak że jedynie bliska obecność wyjątkowej skały dawała jej pewność, że nie zgubiła jeszcze drogi, bo promienie słoneczne już dawno zostawiła za sobą. W czasie dłużącej się przeprawy, wspominała swój pierwszy pobyt tutaj i to jak bardzo bała się wskoczyć do wody – tylko obecność Aelandriela dodała jej odwagi (tak naprawdę Mistrz wrzucił ją wrzeszczącą histerycznie ze strachu do wody, ale nie wnikajmy… wszak to jej prywatne wspomnienia). Ubarwiając swoją przeszłość o mało co nie przegapiła drobnego pęknięcia w skale – na szczęście jednak zahaczyła o nie rękawem.
„No nareszcie” – pomyślała i bez zastanowienia sięgnęła dłonią w zagłębienie. Nagle zamigotała, rozmyła się i zniknęła.
Ale nie martwcie się moi kochani czytelnicy. Miranda wiedziała co robi. Owo drobne pęknięcie w tajemniczej skale było punktem teleportacyjnym do Tajemnej Groty, która była mieszkaniem Aelandriela. Tutaj przyprowadził ją po pierwszych udanych próbach przemiany żaby w księcia. (Ok. Nie był to może najpiękniejszy książę, ale dwie ręce i dwie nogi miał. I dwie głowy. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że Mirandzie zaklęcie udało się zupełnie przypadkowo – efekt był całkiem zadowalający, żeby pomyśleć o dalszych naukach).
W ciemnym korytarzu ścisnęła mocno swój Młotek i ruszyła powoli wzdłuż ściany – w kierunku ledwo widocznego światła. Gdy znalazła się na wejściu do groty – jej oczom ukazał się przerażający widok. Wszędzie leżały porozbijane fiolki, z przewróconego kotła wyciekała brudna maź, wszystko było porozwalane i wymieszane ze sobą.
Z otępienia wyrwał ją dziwny jęk. Spojrzała w kierunku, z którego dobiegał, i pod stertą papirusów i suszonych ziół dostrzegła dłoń Aelandriela. Bez zastanowienia odrzuciła broń i pędem pobiegła w tamtym kierunku. Kilkoma sprawnymi ruchami uwolniła swojego Mistrza – był bardzo blady i majaczył coś w wysokiej gorączce.
- Mistrzu! – krzyknęła, lecz on zdawał się jej w ogóle nie dostrzegać. W nagłym olśnieniu przypomniała sobie, że w domu zapakowała kilka magicznych mikstur, które kiedyś otrzymała od Mistrza. Szybko wyjęła różnokolorowe flakony, zmieszała zgodnie z zapamiętaną na lekcjach recepturą – i napoiła Aelandriela. Minęło ledwie kilka chwil, które Mirandzie wydawały się wiecznością, kiedy Mag przestał majaczyć i pogrążył się w głębokim śnie. Krasnalka przykryła go kocem, pod głowę podłożyła drugi i postanowiła rozejrzeć się po grocie.
„Niewiele tu ocalało. Wszystkie eliksiry trzeba będzie robić na nowo. Biedny Mistrz… Nad wieloma z nich pracował latami…” – rozmyślała, zbierając potłuczone szkło. – „Oby tylko On doszedł do siebie. Nie darowałabym sobie, gdyby coś Mu się stało”.
Do wieczora posprzątała całą grotę, doglądając co jakiś czas Aelandriela. Ten zaś, z godziny na godzinę, wydawał się mieć coraz lepiej – gorączka spadła, oddech się uspokoił. Około północy Miranda usnęła oparta o ścianę obok posłania Maga.
Rano obudził ją głos Mistrza:
- Mirando… – Aelandriel był wciąż jeszcze bardzo słaby, ale był już w pełni świadomy i w oczach jego widać było radość na widok rudej krasnalki -Cieszę się Mirando, że nie posłuchałaś rady z listu. Darkathael zmusił mnie do napisania go, żebyś zrezygnowała z dalszych poszukiwań. Miałem jednak nadzieję, że jak zawsze – serce podpowie Ci, jaką drogę wybrać. I nie zawiodłem się…
„A więc jednak we mnie wierzył.” – pomyślała i otarła ukradkiem łzę. A Aelandriel mówił dalej:
- Życie jest sztuką wyboru. Czasem można iść drogą pozornie łatwą , unikając stawania czoła losowi i dając światu podejmować za siebie decyzje tylko po to by odkryć, że twoja prawdziwa ścieżka jest kręta i ciernista ale prowadzi Cię gdzieś zupełnie indziej aniżeli pachnące ogrody i monotonne przesiadywanie w jednym miejscu, że jest prawdziwsza i bardziej warta tych wszystkich przeszkód po drodze.

Fajnie, zabawnie (momentami bardzo), jakoś tak bardzo pasuje mi do charakteru krasnalicy, no i z morałem. Wiesz… a masz pomysł na to co dalej? Czy to tylko tak jednorazowo? ;)
Z założenia było jednorazowo, żeby dostać się na serwer. Jednak kto wie? Może kiedyś najdzie mnie wena i urodzi się jakiś dalszy ciąg? ;)