książka nr 5 – Lee Wilkinson „Wenecka przygoda”
Znacie może ten kawał: „Dlaczego kobieta podczas okresu gotuje cały gar zupy? BO TAAAAAAAK!!!!”?
No właśnie. To ja też miałam takie ‘bo tak’, gdy wybierałam kolejną książkę do czytania ;)
Nie oszukujmy się – to jest harlequin. Było mi jednak potrzebne coś na totalne odmóżdżenie i z pewnym ponad wszystko happy endem. Udało się – urwało mi całkowicie od mózgu ;)
Ogólny zarys historii jest pewnie taki jak wszędzie – jest kobieta, jest mężczyzna, spotykają się, zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, potem coś się psuje, ale na koniec i tak żyją długo i szczęśliwie. W tym wypadku wszystko toczy się wokół obrazów, niejasnych rodzinnych wspomnień, a całość upiększa Wenecja w tle.
Brzmi nawet nawet, prawda? Fakt – idealna babska lektura na taki dzień, kiedy nieważne jak – ważne, żeby na końcu było dobrze ;) Jedno tylko wzbudziło mój nieskrywany sprzeciw – od kiedy to Wenecja pachnie perfumami? Zmieniło się coś, odkąd tam byłam? Coś ciężko mi uwierzyć… ;)
Ogólna ocena – 3/10. Dużo? Myślę, że w sam raz. Czytało się szybko, na chwilę zapomniałam o codziennych problemach, a okładka książki jest zielona – daję zatem po jednym punkcie za każdą z tych rzeczy ;)
